Mt.Blanc... Powoli Już Niestety Dobiega Końca Opowieść Wykrzesana Wszystkimi Siłami Arqueza :D
Mt.Blanc... Powoli Już Niestety Dobiega Końca Opowieść Wykrzesana Wszystkimi Siłami Arqueza ![]()
Dzień 3 i 4

"Atak, czyli dylematy dyletantów..."
Stoimy na wąskim, oblodzonym tarasie Refuge du Gouter. Za barierką prawie pionowa 600m ściana, a trochę dalej wśród zieleni - Chamonix; widać nawet parking na którym, mam nadzieje wciąż czeka bryka. Wszystko to 3 km pod nami. Ciekawsze rzeczy dzieją się jednak zlewej strony – tam już z przerażającymi szczegółami widać wspaniały lodowiec Bionnassay. Jego przeorana szczelinami i serakamiściana błyszczy się wszystkimi odcieniami bieli i błękitu.Pogoda jest piękna. Świeci słońce, postanawiamy to wykorzystać i wysuszyć nasze powoli gnijące od dwóch dni buty i rękawice. Wpierw jednak z ciekawością zaglądamy do wnętrza pustego schroniska.

Jako winterrom otwarta jest główna sala z kuchnią (zamkniętą), stołem i ciągiem łóżek dostawionych do okien. Leżąc na takiej pryczy wrażenia są nie-sa-mo-wi-te! Górne pokłady zamknięte, podobnie jak WC oraz druga - stricte noclegowa część schroniska. W porównaniu do dość sterylnego schroniska Rousse, Gouter wypada bardziej hmm... chaotycznie. Nie domyte gary i garnki, przeróżne butelczyny, słoiki i różnego typuzawiniątka (najczęściej z bardzo frapującą zawartością),wszędzie walające się papcie (na wyposażeniu schroniska), skarpety i ogólnie tony śmieci pozostawionych przez ekipy Poprzedników, z których wydaje się większość musiała opuszczaćto miejsce w jakimś panicznym pośpiechu... No po prostu bajzel nakółkach... Pokochałem to miejsce od razu bo poczułem się prawie jak w domu

Tomek dostrzega coś co sprawia, że brawurowym szczupakiem przez okno bufetowe przedostaje się do kuchni, by po chwili wyłonić się z triumfalną miną i ...zgrzewką piw (przeterminowanych ale... co tam!). Zaraz potem w ciemnym pomieszczeniu udaje mu się zlokalizować nie napoczętą butelczynę szampana...cóż za niesłychany talent odkrywczy... Ja natomiast wzruszam się licząc ułożone na półeczce rosołki chińskie(made in Russia) – jest ich 12 !!! - Большое cпасибо,Друзья!
Niestety nie ma gazu...wśródlicznych butli, wszystkie do cna wyczerpane. Wracamy na taras i rozwieszamy mokrą część garderoby, zależy nam bardzo aby wysuszyć buty i rękawice, w innym razie podczas wchodzenia nas szczyt może zrobić się z nich skorupa... Być może był to błąd, może warto było wykorzystać naszą dobrą formę oraz świetną pogodę i wypuścić się na zwiady – wyjść 200-300 metrów do góry i zbadać teren...

Tymczasem gotujemy sobie porosyjskiej „chińskiej” zupce (podobnie jak piwa –przeterminowanej i podobnie jak piwa – wybornej!) i śmiejemy się, że jak za chwilę wpadną tu po zdobyciu szczytu głodni Ruscy, tonie będzie nam do śmiechu... Fakty są takie że raczej nie ma szans aby ktoś się tu pojawił. Przy tak dobrej pogodzie jeśli ktoś atakowałby szczyt byłby już dawno z powrotem. Od dwóch dni nie widzieliśmy żywej duszy i pewnie tak już zostanie do czasu gdy zejdziemy do Chamonix. Wg. kartki na stole 3 tygodnie przed nami była tu ekipa polska i hiszpańska. Z tego co piszą na grani było minus 30, nie doszli na szczyt...

Oprócz tego jemy kaszki (bo zostało ich najwięcej) a „lepsze” żarcie typu pure oszczędzamyna czarną godzinę. Kuchenka zaczyna się coś krztusić, czyżby to już wysokość dawała o sobie znać? My tymczasem czujemy się świetnie. Żadnego bólu głowy, nudności itp. Tyle, że trzeba być jakby bardziej skupionym bo koncentracja nieco zawodzi, szczególnie ciężko przychodzi też formułowanie myśli... wk***ia mnie to trochę, szczerze mówiąc to najchętniej rwałbym od razu na ten szczyt. Jestem bardzo nakręcony, a tutaj trzeba powoli kłaść sięspać. Mamy godzinę 16... zbieramy przesuszone rzeczy z barierki bowłaśnie przyszły chmury. Jeszcze tylko stopienie kilku porcji śniegu, spakowanie pobieżne plecaków, tak żeby w nocy (wstajemy o1) nie tracić czasu. I leżymy... ale jak tu usnąć kiedy za oknemtaki spektakl? Chmury raz zasłaniają wszystko łącznie ze słońcem,po chwili robi się okno. Nagle widzimy samolot. Awionetka przelatuje p o d nami...może to jakieś loty widokowe wokół Blanca... Bardzo cicho słychać warkot silnika, potem znów zapada cisza. Kompletna,jak makiem zasiał! Dopiero teraz o tym pomyślałem - od dwóch dni naszym towarzyszem jest cisza; żadnego szumu drzew, szemrania potoków, żadnych odgłosów miasta, nawet wiatr jeśli zawiewa to bardzo delikatnie, co najwyżej jakieś kamienie zlecą... Potem znów przychodzą chmury i tak w kółko. W końcu jednak nie wytrzymujemy, do zachodu słońca jeszcze sporo czasu ale wieczorne światło robi się na tyle ciekawe, że warto wygrzebać się ze śpiwora, wyjść na taras i strzelić kilka zdjęć.
Temperatura wschronisku wahała się od +5 do -2 stopni w nocy, zagrzebujemy się więc w śpiwory wkładając do środka wszystkie rzeczy, które lepiej by nie zamarzły, czyli bidony i termosy z wodą, baterie,aparaty i butle z gazem...

Oczywiście dalszy ciąg relacji na naszej stronce Summit Snowboard Squad
ZAPRASZAMY



Utwórz swój styl














