Dalszy Ciąg Relacji Z Wyprawy Grupy Summit Snowboard Squad Na Mt. Blanc 2011
Napisany przez
Aro
,
w
Relacje
27 maj 2011
·
44 Wyświetleń
Zapraszamy na dalszy ciąg relacji z wyprawy grupy Summit Snowboard Squad na Mt. Blanc 2011
Dzień 2-3"Krzyk kamienia"
Noc wschronisku Tete Rousse (3167 m npm) minęła spokojnie. Gry rankiem wychodziłem na metalowy taras męczyły mnie pewne wątpliwości jednak widok na wielką ścianę, rzucającą cień na cały plateau, rozwiał je bardzo szybko. Stwierdziłem mianowicie, że gramolenie się z dechami na górę nie ma sensu -ściana wyglądała bowiem bardzo nieprzystępnie, a mała ilość śniegu sprawiała, że zjazd z niej stawał się jeszcze bardziej nieprawdopodobny niż w naszych planach. Spodziewałem się ostrej riposty lub przynajmniej rozpętania jakiejś burzy mózgów, a tutaj ze strony Tomka stuprocentowe zrozumienie... Widać, że Alpy szybkouczą pokory. Zaczął się typowy, górski rytuał – topienie śniegu, gotowanie, topienie śniegu, jedzenie papki, przyrządzanie mega energetycznego (½ tabletki Isostara na 1,5 l wody) napoju na drogę, topienie śniegu i... topienie śniegu. W końcu spakowaliśmy plecaki ale deski ze smutkiem skitrane zostały w kącie izby. Zeszło z nas wtedy trochę pary (w końcu chcieliśmy zjechać z samej góry) ale jak się okazało była to raczej słuszna decyzja.

Podchodzimy pod ścianę. Pierwsza atrakcja to przedarcie się przez sławny Grand Couloir, czyli wyglądający raczej pospolicie niż hardcorowo żleb, którego zła sława jak i określenia typu 'Kuluar Śmierci' albo 'Rock and Roll' wzięły się z faktu, iż stosunkowo często przelatują tędy kamienie wielkości sprzętu AGD (-i to tego dużego). Żlebik ów na żywo wygląda jeszcze mniej problematycznie niż w Internecie; stromy mniej więcej jak nasza 'Rysa', szeroki naok. 40 metrów (w miejscu trawersowania). Gdyby nie świadomość, żew każdej chwili z góry może spaść na głowę jakaś lodówka tozabawa byłaby przednia. A tak, szybko - prawie na bezdechu, po kolei trawersujemy żleb i po chwili zdyszani stoimy już razem po drugiej stronie. Tu zaczyna się poręczówka (metalowy drut), która podużych, stabilnych głazach doprowadza nas do grzędy, na której odpoczywamy. Wielki Kuluar skrył się za garbem po lewej stronie, zgóry schodzi natomiast kolejny, bliźniaczo podobny żleb. Właśnie w momencie gdy robimy sobie resta, przelatuje nim kilka kamieni.Lodówki to nie były ale trzymając się nomenklatury agd, powiedzmy dobrej klasy lustrzanki, a grzały że hej! Tuż obok nas...

Do tego momentu, mimo braku śladów odnalezienie drogi nie nastręczało problemów: trawers żlebu jest miejscem bardzo charakterystycznym (choć nie było tam rozwieszanej chyba tylko w sezonie liny do poręczowania), potem odcinek po poręczówce niczym po sznurku… Aż tu nagle należało się wykazać odrobiną inwencji. No i chybatrochę przekombinowaliśmy. Ze względu na epizod z kamieniami oraz przez fakt, że gdzieś wysoko ponad głowami Tomek wypatrzył kolejną poręczówkę, wydostaliśmy się ze żlebu i ruszyliśmy poskałach. Piargi, śnieg, skały – wszystko objeżdżało...Przejście ok. 100 m zajęło nam przeszło godzinę! Dotarliśmy wreszcie do poręczówki. Ulga była chwilowa bo okazało się, żelina jest stara i skorodowana. Domyślaliśmy się, że idziemy śladami jakiejś starej drogi. Niestety z każdym metrem skałykruszyły się coraz bardziej. Kamienie pod nami fruwały w bardzo efektowny sposób, gdyby nie pewność że jesteśmy na tej ścianie sami w ogóle zrezygnowalibyśmy z wchodzenia tej drogi nie chcąc mieć na sumieniu osób poruszających się poniżej.

Słońce,które do tej pory dość ostro nas przypiekało schowało się za chmurą, a z dołu, od Chamonix szybko nadciągały w naszą stronę równie gęste chmurzyska. Trzeba było podjąć szybką decyzję. Do schroniska pozostało nam ok. 200 m , co jakiś czas między głazami pojawiała się jego bryła. Mimo łudzącej bliskości wiedzieliśmy,że od celu oddzielają nas dwa najbardziej strome, by nie rzec –przewieszone i najeżone skałami fragmenty. Po krótkiej narazie podjęliśmy decyzję o odwrocie. Obawiałem się tego zejścia,okazało się, że nie bezpodstawnie. Udało się przetrawersować w kierunku żlebu, a potem nim z duszą na ramieniu dość szybko wdół. Góra okazała się łaskawa i wypuściła nas ze swych rockandrollowych objęć.
Po dwóch kolejnych godzinach byliśmy z powrotem w schronisku Tete Rouse. Byliśmy źli na siebie i zniechęceni. Było popołudnie. Przygotowując jedzenie rozmyślaliśmy o tym i owym (ale głównie o tym). Czy jutro będziemy powtarzać akcję? Czy znajdziemy drogę? Prognozy niewyjaśniały sytuacji zapowiadały trochę słońca, chmur i śniegu. Ale jak do licha wygląda zamieć śnieżna na 4000, czy ktoś mi powie? I jak my będziemy wyglądać kiedy dopadnie nas w połowietej ściany? Za oknem pogoda, tak jak i nasze nastroje, zmieniałasię z minuty na minutę. Raz było ciemno (wtedy cieszyliśmy się zpodjętej decyzji), za chwilę słońce przebijało się i wtedyogarniała nas wściekłość i żal. Masakra i totalna schizofrenia.W tej dekadenckiej atmosferze doszło do rozprężenia; drogąwymiany handlowej, po długich negocjacjach i dość skomplikowanych przeliczeniach odsypałem Tomkowi porcję ziemniaków pure w zamianza torebkę zupki chińskiej z Radomia. To była prawdziwa uczta! Niestety nadwątliła nasze porcje żywnościowe, jak i zapasy gazu. Temperatura w środku schroniska wynosiła ok.5 st, nic dziwnego że resztę rozważań przeprowadzaliśmy z pozycji naszych śpiworów.Zasypiałem z poczuciem porażki i przeświadczeniem, że następnego dnia pogoda załamie się ostatecznie, a my będziemy musieli wracać.
5.30. Za oknem jasno. Wreszcie męska decyzja –jedzenia i gazu wystarczy jeszcze na 2-3 dni – czujemy moc, wiemy co nas czeka, a pogoda póki co nam sprzyja – walimy do góry! Planminimum to dotarcie do Goutera, a co będzie dalej...zobaczymy! Wystartowaliśmy o godzinie 8, czyli dwie godziny szybciej niż poprzedniego dnia. Po zmrożonym jeszcze śniegu szybko docieramy podścianę, potem szczęśliwy trawers Rock and Rolla i z pominięciem poręczówek kilkanaście metrów tym że żlebem do góry. W ciągu ½h zdobyliśmy 200 m czyli prawie 1/3 drogi.

Dziś dokładnie wypatrujemy starych śladów, niestety wszystko wskazuje,że dawno nikt tą drogą nie chodził. Wydaje mi się, że w żlebie (tym od spadających „lustrzanek”) na zmrożonym śniegu widzę charakterystyczne nacięcia po rakach. I tak chcieliśmy iść tą drogą... Po kilkunastu minutach zdobywamy kolejne 100m. Czas bardzo dobry jednak o śladach (jeśli to przed chwilą były ślady) nie ma już mowy. Dziś dla odmiany idziemy prawą stroną. Niestety czas wskazuje, że znów zgubiliśmy drogę - w ciągu 45 minut tylko jakieś 50 m przewyższenia. Czasy nie kłamią, a trudności rosną.W pewnym miejscu trzeba pokonać lekko przewieszony komin, z trudem wczołguję się na jego szczyt ale w tym momencie jasne jest, że tą drogą już nie wrócimy – chyba że zjedziemy ten fragment nalinie... Tym większa motywacja – musimy dojść do góry. Tylko docierając do schroniska możemy odnaleźć dobrą drogę w dół! Tymczasem coraz lepiej widzimy platformę – to budowane na graninowe schronisko – Nowy Gouter [dla ciekawych link do skopiowania: http://www.nouveaure...35.html].Trzeba więc odbić bardziej na lewo. Jest trudno, bardzo stromoale powoli pniemy się do góry, każdy jednak myśli ze.....
Oczywiśćie więcej znajdziecie na naszej stronie Summit Snowboard Squad
Zapraszamy
Summit Snowboard Squad



Utwórz swój styl














